.RU

Przełożył Adam Szymanowski - старонка 26


Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy mój wzrok pobiegł za spojrze­niem Belba utkwionym w Lorenzy Pellegrini. Pojąłem w sposób niejasny to, co Belbo pojął z większą przenikliwością i co znalazłem w jednej z jego files. Nie wymienił Lorenzy, ale niewątpliwie cho­dziło o nią, bo tylko ona grała w ten szczególny sposób we flipper.

Filename: flipper

We flipper gra się nie tylko rękami, ale i wzgórkiem łonowym. Przy tej grze problem nie polega na tym, by zatrzymać kulkę, zanim wpadnie w otwór, ani by skierować ją na środek pola obrońcą, ale by zmusić ją do pozostawania na górze, gdzie najwięcej świetlistych strzelców, i odbijać od jednego do drugiego, aby wirowała, zbłąkana i oszalała, lecz według własnej woli. A trzeba to osiągnąć nie przez prztykanie w kulkę, lecz przekazując w sposób łagodny wibrację flipperowi, tak aby tego nie spostrzegł i nie pochylił się. Możesz to robić tylko wzgórkiem łonowym lub raczej ruchami bioder, przy czym wzgórek nie może napierać rytmi­cznie na flipper, ale przez cały czas pozostawać na progu orgazmu. A jeśli biodra poruszają się zgodnie z naturą, to nie tyle wzgórek łono­wy, ile mięśnie pośladków prą do przodu, jednak z wdziękiem, by w momencie, kiedy impet przenosi się na wzgórek, był już wytłumiony jak w homeopatii, gdzie im więcej esencji dodasz do roztworu - jedno­cześnie substancja już rozpływa się w dolewanej bez ustanku wodzie, aż prawie całkowicie niknie - tym mocniejsze jest działanie medyczne, l oto jakiś infinitezymalny prąd przenosi się ze wzgórka na obudowę flippera i flipper oddaje się bez śladu nerwowości, kuleczka biega wbrew naturze, wbrew swojej bezwładności, wbrew prawu ciążenia i zasadom dynamiki, wbrew nawet przebiegłości konstruktora, który chciał narzucić jej ruchliwość, i upaja się vis movendi, pozostając w grze przez cały czas pamiętny, z zapamiętaniem. Ale musi to być wzgórek łonowy niewieści, by nie wciskać ciał jamistych między jelita a maszynę i by nie było pośrednictwa tkanki erekcyjnej, lecz tylko wło­sy, ścięgna, kości, tworzące całość dzięki obciągnięciu dżinsami, lecz tylko wysublimowany szał miłosny, jakaś szelmowska oziębłość, jakaś szczodra umiejętność przystosowania się do wrażliwości partnera, jakieś upodobanie do pobudzania jego żądzy bez doświadczania nadmiaru własnej: amazonka winna doprowadzać flipper do szaleństwa i z góry smakować fakt, że wkrótce go porzuci.

Sądzę, że Belbo zakochał się w Lorenzy Pellegrini w tym momen­cie, kiedy spostrzegł, że mogłaby obiecać mu nieosiągalne szczęście. I chyba przez nią zaczął dostrzegać erotyczny charakter światów au­tomatycznych, maszyny jako metafory kosmicznego ciała, a mecha­nicznej gry jako talizmatycznego wywoływania duchów. Narkotyzował się przecież Abulafią i być może już wtedy przeniknął go duch projektu Hermes. Z pewnością widział Wahadło. Lorenza Pellegri­ni, wskutek nie wiem jakiego krótkiego spięcia skojarzeń, była dla niego zapowiedzią Wahadła.

W pierwszym okresie z trudem zadomawiałem się na nowo u Pila-dego. Stopniowo, ale nie co wieczór, w gąszczu obcych twarzy za­cząłem dostrzegać swojskie oblicza niedobitków, aczkolwiek jak przez mgłę, bo przyszła pora, kiedy chcąc nie chcąc musieli zdjąć maski; ten został pracownikiem agencji reklamowej, tamten radcą skarbowym, inny sprzedawcą książek na raty - z tym że jeśli przed­tem entuzjazmowali się dziełami Che Guevarry, teraz propagowali zielarstwo, buddyzm, astrologię. Zaczęli odrobinę seplenić, na ich głowach pojawiły się pasma siwych włosów, trzymali w dłoniach szklaneczki whisky i wydawało mi się przez chwilę, że jestem tym samym gołowąsem, co dziesięć lat wcześniej, kiedy sączyłem z na­maszczeniem jedną kroplę na semestr.

- Co porabiasz? Całkiem zniknąłeś z horyzontu - zagadnął je­den z nich.

- Kim jesteście teraz? Ty?

Spojrzał, jakby nie było mnie całe lata.

- Powiedzmy, naczelnikiem wydziału kultury. Zbyt wiele dowcipów mnie ominęło.

Postanowiłem wymyślić jakiś sposób zarabiania na życie. Zda­łem sobie sprawę, że wiem mnóstwo rzeczy zupełnie ze sobą nie powiązanych, ale że dla ich powiązania wystarczy kilka wizyt w bi­bliotece. Kiedy wyjeżdżałem, trzeba było mieć jakąś teorię, i cier­piałem, gdyż nie miałem żadnej. Teraz wystarczały same wyobra­żenia, wszyscy stali się na nie łasi, a tym lepiej, jeśli pochodziły z innych czasów. Odnosiło się to również do uniwersytetu, gdzie wpadłem, żeby się rozejrzeć, czy nie dałoby się tu zaczepić. W au­lach panował spokój, studenci przesuwali się po korytarzach jak widma, pożyczając jedni drugim źle opracowane bibliografie. Co jak co, ale bibliografię z prawdziwego zdarzenia umiałem przygo­tować.

Pewnego dnia któryś z dyplomantów, biorąc mnie za docenta (nauczyciele akademiccy byli teraz w tym samym wieku co studenci - albo na odwrót), spytał mnie, co właściwie napisał ten lord Chandos, o którym mówiło się na wykładzie w związku z cyklicznymi kryzysami w gospodarce. Powiedziałem, że to postać z Hof-mannsthala, nie zaś ekonomista.

Tego samego wieczoru byłem na spotkaniu starych znajomych i rozpoznałem jednego z nich, pracującego dla firmy wydawniczej. Podjął tę pracę, kiedy zrezygnowali z wydawania powieści francus­kich kolaborantów, by skupić się na albańskich tekstach politycz­nych. Zorientowałem się, że nadal publikują rzeczy polityczne, ale zbliżone do rządowego punktu widzenia. Nie odżegnywali się też od dobrych pozycji filozoficznych.

- Chodzi o klasyków - dodał.

- A właśnie - przyszło mu nagle do głowy - przecież ty jesteś filozofem, więc...

- Niestety nie.

- Ale w swoim czasie należałeś do tych, którzy wiedzą wszystko. Opracowuję właśnie przekład tekstu mówiącego o kryzysie marksiz­mu i trafiłem na cytat z niejakiego Anzelma of Canterbury. Kto to taki? Nie znalazłem go nawet w słowniku pisarzy.

Powiedziałem mu, że to Anzelm z Aosty, tyle że Anglicy nazywa­ją go tak, bo oni niczego nie robią tak samo jak wszyscy.

Spłynęło na mnie objawienie. Oto mój zawód. Postanowiłem za­łożyć agencję dostarczającą informacji z zakresu kultury. Jako ro­dzaj przypisów do wszelkiej wiedzy. Zamiast włóczyć się po noc­nych barach i burdelach, będę bywalcem księgarń, bibliotek, koryta­rzy uniwersyteckich instytutów. A potem siedziałbym sobie w biurze. z nogami na stole i whisky w kartonowym kubeczku, przyniesioną ze sklepiku na rogu. Ktoś dzwoni i mówi: „Tłumaczę właśnie książ­kę i natknąłem się na niejakiego... na niejakich mutakallaminów. Nie mogę dojść z tym do ładu."

Ty też nie masz pojęcia, o co chodzi, ale to nieważne, prosisz o dwa dni zwłoki. Kartkujesz katalog w bibliotece, częstujesz papiero­sem faceta z biura porad, trafiasz na trop. Wieczorem zapraszasz do baru asystenta z wydziału orientalistyki, stawiasz mu piwo, potem drugie, ten w chwili słabości podaje ci informację, której szukasz, i to za darmo. Potem już tylko dzwonisz do klienta: „Mutakallamini to byli radykalni teologowie muzułmańscy w czasach Awicenny, po­wiadali, że świat był, by tak rzec, miazgą przypadków i zastygł w formę jedynie przez nagły i doraźny akt boskiej woli. Wystarczy, że Bóg popadnie na moment w roztargnienie, a świat rozpada się na kawałki. Czysta anarchia atomów, bez żadnego sensu. Wystarczy? Pracowałem nad tym trzy dni, pan ustala wynagrodzenie."

Szczęście uśmiechnęło się do mnie, znalazłem dwa pokoiki z ku­chnią w starym domu na peryferiach, który musiał być niegdyś fa­bryką z pomieszczeniami administracyjnymi w jednym skrzydle. Mieszkania, jakie z tego wykrojono, wychodziły na długi korytarz: znalazłem się między agencją nieruchomości i pracownią specjalisty od wypychania zwierząt (A. Salon - Taksidermista). Człowiek miał uczucie, że mieszka w amerykańskim drapaczu chmur z lat trzydziestych i gdybym miał tylko oszklone drzwi, czułbym się jak Marlowe. Wstawiłem tapczan do tylnego pokoju, a biuro urządzi­łem w pierwszym. Dwie półki przeznaczyłem na atlasy, encyklope­die, katalogi, które stopniowo kupowałem. W zasadzie powinienem pójść na kompromis ze swoim sumieniem i pisać również rozprawy dyplomowe dla zrozpaczonych studentów. Nie byłoby to trudne, wystarczyłoby przepisywać rozprawy z poprzedniego dziesięciolecia. A poza tym zaprzyjaźnieni wydawcy zaczną przysyłać mi do czyta­nia rękopisy i zagraniczne książki, naturalnie najbardziej niewdzię­czne i za nader umiarkowane wynagrodzenie.

Gromadziłem doświadczenia, pojęcia i niczego nie wyrzucałem. Wszystko znajdowało swoje miejsce w kartotece. Nie myślałem o kartotece komputerowej (komputery dopiero wchodziły w powsze­chne użycie i Belbo był pionierem w tej dziedzinie), posługiwałem się sposobami rękodzielniczymi, ale na kartonikach z cienkiej tektu­ry prowadziłem coś w rodzaju pamięci, w której krzyżowały się od­nośniki. Kant... mgławica... Łapiące, Kant... Królewiec... siedem mostów w Królewcu... twierdzenia topologiczne... Trochę tak jak z tą grą, w której trzeba przez kojarzenie pojęć w pięciu posunięciach dojść od serdelka do Platona. Zobaczmy: serdelek-świnia-szczecina-pędzel-manieryzm-Idea-Platon. Nic trudnego. Nawet najbardziej zakalcowaty rękopis pozwoli zyskać dwadzieścia fiszek do mojego łańcuszka świętego Antoniego. Kryterium było rygorystyczne i, jak mi się zdaje, takim samym posługiwano się w tajnych służbach: nie ma informacji lepszych i gorszych, siła polega na tym, żeby wszyst­kie je umieścić w kartotece, a następnie tropić skojarzenia. Istnieją zawsze, wystarczy nie lenić się, tylko szukać.

Po mniej więcej dwóch latach pracy byłem zadowolony z samego siebie. Bawiłem się. W tym czasie poznałem Lię.

35

„Kto spyta, wiedz, że jestem Lija;

Tu się krzątają palce moje skore,

w mych pięknych rękach wianuszek się zwija."

(Dante Alighieri, Boska Komedia, przeł. Edward Porębowicz. Warszawa, PIW, 1978; Czyściec, XXVII, 100-102)

Lia. Nie wierzę, bym ją jeszcze zobaczył, ale moglem nie spotkać jej nigdy. Chciałbym, żeby tu była, żeby trzymała mnie za rękę, kiedy rekonstruuję etapy mojej klęski. Bo mi ją zapowiedziała. Ale musi pozostać poza tą historią, ona i dziecko. Mam nadzieję, że opóźnią powrót, że przybędą już po wszystkim, bo wszystko prze­cież dobiega końca.

Szesnasty lipca osiemdziesiątego pierwszego roku. Mediolan wy­ludniał się, czytelnia podręczna w bibliotece była prawie pusta.

- Przepraszam, ale tom 109 miałam wziąć ja.

- Czemu więc zostawiła go pani na półce?

- Podeszłam do stolika, żeby sprawdzić notatkę.

- To jeszcze nie powód.

Bezczelnie poszła do stolika z książką pod pachą. Usiadłem na­przeciwko i próbowałem zajrzeć jej w oczy.

- Jak pani czyta, przecież to nie jest braille'em? - spytałem. Podniosła głowę i naprawdę nie wiedziałem, czy to twarz, czy kark.

- Co? - spytała. - Aha, widzę doskonale przez włosy. Ale mówiąc to odgarnęła je; miała zielone oczy.

- Ma pani zielone oczy.

- Chyba tak. Dlaczego? To źle?

- Proszę sobie wyobrazić! Bywały już takie zielonookie. Tak się zaczęło.

- Jedz, jesteś chudy jak szczapa - powiedziała przy kolacji.

O północy siedzieliśmy jeszcze w greckiej restauracji nie opodal Piladego; świeca osadzona w szyjce butelki prawie się stopiła, a my opowiadaliśmy sobie o wszystkim. Uprawialiśmy bardzo podobne zawody i ona właśnie przeglądała hasła w encyklopedii.

Miałem uczucie, że powinienem jej coś powiedzieć. O pół do pierwszej odgarnęła grzywkę, żeby lepiej mi się przyjrzeć, a ja

wycelowałem w nią palcem wskazującym, unosząc prosto w górę kciuk, i oznajmiłem:

- Pim! Strzał w dziesiątkę.

- Dziwne. Dla mnie też.

W ten sposób staliśmy się jednym ciałem i od tego wieczoru by­łem dla niej Pimem.

Nie mogliśmy pozwolić sobie na nowe mieszkanie, spałem u niej, a ona zostawała często w moim biurze albo ruszała na polowanie, gdyż była lepszym ode mnie tropicielem i umiała podsunąć mi cenne skojarzenia.

- Zdaje się, że mamy prawie pustą fiszkę dotyczącą różokrzyżo-wców - zauważyła.

- Muszę kiedyś do niej wrócić, to notatki z Brazylii...

- Dobrze, wpisz odgałęzienie do Yeatsa.

- Co tu ma do rzeczy Yeats?

- Owszem, ma. Czytam właśnie, że był członkiem stowarzysze­nia różokrzyżowców, które nazywało się Gwiazda Zaranna.

- Co ja bym bez ciebie zrobił?

Znowu zacząłem chodzić do Piladego, gdyż było to miejsce ubija­nia interesów, spotykałem tam klientów.

Pewnego wieczoru zobaczyłem Belba (w poprzednich latach mu­siał przychodzić tu rzadko, a później wrócił do starego nawyku, kie­dy poznał Lorenzę Pellegrini). Zawsze taki sam, może trochę bar­dziej szpakowaty, odrobinę chudszy, ale nie za wiele.

Spotkanie było serdeczne, oczywiście w granicach, jakie wyzna­czała jego natura. Kilka żartów o dawnych czasach, parę powściągli­wych uwag na temat ostatniego wydarzenia, w które obaj byliśmy zamieszani, oraz jego epistolarnych następstw. Komisarz De Ange-lis nie dał już znaku życia. Być może więc sprawa jest zamknięta.

Kiedy powiedziałem mu o swojej pracy, okazał zainteresowanie.

- W gruncie rzeczy to byłoby zajęcie dla mnie, być Samem Spa-de'em kultury, dwadzieścia dolarów dziennie plus koszta.

- Ale nie przychodzą do mnie tajemnicze i fascynujące kobiety i nikt mi nie opowiada o sokole maltańskim.

- Nigdy nie wiadomo. To zabawne.

- Zabawne? - spytałem. I przytoczyłem jego słowa: - To je­dyna rzecz, jaką moim zdaniem umiem robić dobrze.

- Good for you - odparł.

Spotkaliśmy się jeszcze wiele razy, opowiedziałem mu o swoich przeżyciach brazylijskich, ale widziałem, że jest ciągle jakiś roztar­gniony, bardziej niż zwykle. Kiedy nie było Lorenzy Pellegrini, sie­dział ze wzrokiem utkwionym w drzwiach, kiedy była, nerwowo zer­kał w stronę baru i śledził wszystkie jej ruchy. Pewnego wieczoru, tuż przed zamknięciem, powiedział, patrząc w drugą stronę:

- Proszę posłuchać, może się okazać, że jest nam pan potrzeb­ny, ale nie do udzielenia doraźnej konsultacji. Czy mógłby poświę­cić mi pan, powiedzmy w tym tygodniu, któreś popołudnie?

- Nie widzę przeszkód. O co chodzi?

- Pewne zakłady metalurgiczne powierzyły nam książkę o meta­lach. Chodzi przede wszystkim o obrazki. Pozycja popularna, ale i poważna. Domyśla się pan, w czym rzecz. Metale w historii ludzko­ści od wieku żelaza do stopów stosowanych w astronautyce. Potrze­bujemy kogoś, kto przeszedłby się po bibliotekach i archiwach i wy­szukał piękne ilustracje, stare miniatury, ryciny z dziewiętnastowie­cznych dzieł, bo ja wiem, o odlewach albo piorunochronach.

- Dobrze, wpadnę jutro. Podeszła Lorenza Pellegrini.

- Odwieziesz mnie do domu?

- Dlaczego dzisiaj ja?

- Bo jesteś mężczyzną mojego życia.

Zarumienił się, jak to mu się zdarzało, odwracając jeszcze bar­dziej głowę. Powiedział:

- Mamy świadka.

I zwracając się do mnie:

- Jestem mężczyzną jej życia. Lorenza.

- Cześć.

- Cześć.

Wstał i szepnął jej coś do ucha.

- Co to ma za związek? - zdziwiła się. - Spytałam, czy odwie­ziesz mnie do domu.

- Aha - rzekł. - Przepraszam pana, Casaubon, będę taksów­karzem dla kobiety nie wiadomo czyjego życia.

- Głuptasie - powiedziała czule i pocałowała go w policzek.

36

Proszę pozwolić, że udzielę rady memu przyszłemu lub obecnemu czytelnikowi, jeśli okaże się prawdziwym me-lancholikiem: nie powinien czytać o symptomach i pro­gnostykach w dalszej części książki, by nie popadł w za­trwożenie i by nie wynikło dlań więcej zła niż dobra, kie­dy zastosuje do siebie to, co przeczyta... jak czyni więk­szość melancholików.

(R. Burton, Anatomy of Melancholy, Oxford, 1621. Wstęp)

Nie ulegało wątpliwości, że Belbo był w jakiś sposób związany z Lorenza Pellegrini. Nie wiedziałem, jak mocno i od kiedy. Nawet fi-les Abulafii nie pomogły mi odtworzyć tej historii.
2010-07-19 18:44 Читать похожую статью
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • Контрольная работа
  • © Помощь студентам
    Образовательные документы для студентов.